Muaythai i Prawdziwy Trener – Światowy Dzień Świadomości Autyzmu 2020

Żeby zobaczyć człowieka w dziecku, które rozwija się inaczej, niż jego rówieśnicy, wystarczy mieć otwarty umysł i nie posługiwać się stereotypami. Często zdarza się, że nie rozumieją tego specjaliści i nauczyciele. Rafał Ślusarz jest trenerem. I robi dla młodych ludzi więcej, niż niejeden terapeuta.

275

Przed walką wykonuje się wai khru – tradycyjny taniec przy dźwiękach fletu, cymbałów i bębnów. Zawodnicy modlą się do bogów o opiekę, dziękują ziemi, na której będą walczyć, proszą, by była dla nich łaskawa.

Dzieci i młodzież z drużyny Rafała Ślusarza znają wai khru. Potrafią też kopać, zadawać ciosy i je przyjmować – każdy na miarę swoich możliwości. Nawet jeśli nie do końca zdają sobie sprawę z tego, czym jest muay thai albo ich to nie obchodzi – a mamy do czynienia z tajskim boksem, tamtejszym sportem narodowym – ćwiczą w pocie czoła. Angażują się. Robią postępy. Dlaczego wieloletni trener muaythai zaczął pracować z dziećmi ze spektrum autyzmu?

– Przypadek. Zwykły trening. Nagle wpada dwójka dzieci z autyzmem, z totalnym ADHD. Jak zrobić trening? Mała salka, 20 innych dzieci i oni – wspomina Rafał Ślusarz. – Autyzm w moim życiu nie istniał. Po treningu porozmawiałem z rodzicami. Wtedy dopiero dowiedziałem się, dlaczego różnią się od reszty. Zapytałem moich dzieciaków z drużyny, co by się stało, jakbyśmy trenowali z takimi, których widzieli na ostatnim treningu. Usłyszałem od jednego: „My z każdym będziemy ćwiczyć” – opowiada trener.

Na zajęciach wszyscy są równi, choć młodzi zawodnicy nie wszystkie uprzedzenia nabyte w domu czy na podwórku potrafią zostawić za progiem. Grunt, że próbują. Pierwsza autystyczna dwójka trenowała tylko przez chwilę. Dowiedziała się jednak o nich Fundacja Autyzm Up. Zaproponowała stałą współpracę.

Katarzyna Rybicka z fundacji – i zarazem mama zawodnika Mateusza – śmieje się, że gdy syn skończył 13 lat, w sali integracji sensorycznej zaczął wyglądać jak Guliwer. Był za duży, za ciężki, a przecież chodził tam na zajęcia od momentu otrzymania diagnozy.

Jedną z cech diagnostycznych autyzmu są bowiem zaburzenia integracji sensorycznej. Dziecko może nie chcieć spróbować danej potrawy ze względu na jej konsystencję. Może być nadwrażliwe na bodźce. Czuje się przerażone, gdy jest głośno, zbyt jasno, za ciepło, albo zbyt zimno. Trochę tak, jakby urodziło się bez skóry, bez warstwy ochronnej. Ale każde dziecko jest inne. Jedno może bać się nagłych dźwięków i ostrego światła, inne będzie poszukiwało tych bodźców. Dlatego nie ma jednej terapii integracji sensorycznej dla każdego dziecka, każde ma inne potrzeby.

Autyzm wymaga. Za autyzm się płaci. Specjalistyczne terapie są w stanie wyciągnąć z kieszeni rodziców sumy, o jakie nie podejrzewaliby się, że są w stanie zdobyć. Wszystko dla dobra potomka.

Początki – nie takie trudne

– Od jednej z mam dowiedziałam się o zajęciach dla dzieci z autyzmem prowadzonych w Parku Wodnym w Krakowie. Ponieważ Mateusza od zawsze fascynowały azjatyckie sztuki walk, stwierdziłam, że to może być coś dla niego – wspomina Katarzyna Rybicka. Była jesień 2017 roku.

Przyprowadziła syna na zajęcia muay thai, jednak zanim zdążyła powiedzieć trenerowi choćby jedno słowo o synu, usłyszała, że ma zaczekać na zewnątrz, aż zajęcia się skończą. – Byłam zszokowana i przez czterdzieści pięć minut siedziałam pod salą z sercem na ramieniu. Po trzech kwadransach drzwi sali treningowej otworzyły się, wybiegł z nich uśmiechnięty Mateusz, a ja usłyszałam: „Pani za tydzień przyniesie sobie dres i będzie ćwiczyć z nami!” Tak poznałam niesamowitego człowieka, trenera Rafała Ślusarza.

Na treningi przychodzili tydzień w tydzień. Nie opuścili żadnego. Mateusz cały czas robi postępy.

– Na takiego zawodnika czekałem! – usłyszeliśmy niejednokrotnie od trenera. Byliśmy w szoku, że ktoś tak mówi o naszym synu, że kogoś również zachwycają jego rozwijające się umiejętności – opowiada Katarzyna. Z dumą obserwowała, jak jej pociecha rozwija swoją pasję.

– W najśmielszych snach nie sądziłam, że mój syn może mieć hobby, które pokocha, w którym znajdzie swojego mentora. Po czterech miesiącach skończył się grant, z którego zajęcia były opłacane. Katarzyna Rybicka postanowiła, że włączy działania grupy muay thai pod skrzydła Fundacji Autyzm Up, którą wraz z innymi rodzicami autystycznych dzieci założyła trzy lata temu.

– Pamiętam, że trener postawił tylko jeden warunek – zajęcia mają być dla uczestników całkowicie bezpłatne. Z pomocą przyszła przyjaciółka Autyzm Up, Katarzyna Słaboń, dyrektor Fundacji Novis Plus, która to fundacja nieprzerwanie do dnia dzisiejszego sponsoruje treningi naszej sekcji – opowiada mama Mateusza.

I dodaje: „Dzisiaj sekcja zaczęła się rozrastać o nowych zawodników. Mateusz mógł rozwijać się w tym sporcie, a dodatkowo zyskiwał grono nowych znajomych. Absolutnie zachwyca mnie to, że Mateusz stał się bardziej pewny siebie i po prostu szczęśliwszy. Za to zawsze będę trenerowi wdzięczna. Ja, matka, która stworzyła Fundację Autyzm Up po to, by zapewnić swojemu dziecku w dorosłości miejsce zamieszkania i pracę, zrozumiałam, że dobre życie to nie tylko dach nad głową i zawód, ale także możliwość realizowania się poprzez ulubione zajęcia, hobby, w gronie ludzi, którzy tę pasję współdzielą”.

Coś więcej niż wiedza

– Nie miałem żadnych założeń, nie czytałem w ogóle o autyzmie, nie oglądałem filmów, oprócz „Atypowego”. Nie chciałem wiedzy naukowej. Nie skończyłem studiów. To pomaga mi inaczej patrzeć na wszystko. Twardo stąpam po ziemi – opowiada Rafał Ślusarz. – Powiedziałem rodzicom, że tu nie jest poczekalnia, a ja nie jestem lekarzem. I że zdaję sobie sprawę, że są z dzieciakami 24 godziny na dobę, nie mają łatwo, ale ten jeden trening nie jest po to, żeby od swoich pociech odpoczywali. „Chcę, żebyście trenowali z dzieckiem, bo nic za to nie płacicie, a pomagacie mu, tak, jak robi to rehabilitant” – wspomina.

Zwykle dzieci z niepełnosprawnościami uczą się lub ćwiczą w małych, specjalistycznych grupach. Zdaniem trenera są systemowo izolowane. Jego metoda jest tego zaprzeczeniem.

– Chłopaki zachowują się zupełnie inaczej, gdy jest 10, 15, 20 dzieciaków. Gdy w grupie jest 25 osób nie widzisz tego, kto ma autyzm, kto jest niesłyszący, kto ma problem z biodrem, czy z kolanem. To dzieje się samo: kiedy robią rzeczy z innymi dziećmi zachowują się tak, jak one. A ja nie chcę, żeby było widać: „dzień dobrym, mam autyzm”, „dzień dobry, jestem głuchoniemy”. Mam w grupie dziecko niesłyszące, z którym każdy chce ćwiczyć. Nieważne, że nie mówi i nie słyszy – opowiada.

– Najbardziej kręci mnie w tym to, że wszystkie dzieci trenują razem, że da się to zrobić. I moją wiedzą – nie książkową, a życiową – powoduję, że się zmieniają. Zmieniają się totalnie i to w krótkim czasie. Rafał twierdzi, że ma zwykłych zawodników i tych niezwykłych, z autyzmem. I że u tych autystycznych częściej pojawiają się jednostki wybitnie utalentowane.

Wspomina, jak trafił do niego Mateusz. – Nie dało się go dotknąć palcem. Cofał się. Dziś kopie, uderza łokciem, trzyma tarczę. Na początku dzieciaki były wiotkie. Były też takie, które nawet nie potrafiły kucnąć, nie mówiąc już o przewrocie. Jeśli nie mogą trenować na siłowni, ze względów koordynacyjnych, to dzięki sportom walki stają się twardsi. Zwiększa im się odporność na ból. U Mateusza zmieniło się wszystko. Nieprzystosowany do treningu chłopak stał się aktywnym uczestnikiem zajęć, mężczyzną. I to dotyczy każdego z nich.

Nie ma niegrzecznych dzieci

– Moim celem jest, żeby wtapiali się w tłum, żeby nikt ich nie pokazywał palcem i komentował: „On jest inny”. Dla mnie „on” nie ma autyzmu. Trenuje muay thai. Jest fajny, bo chce z nami trenować, nie my z nim. Tym dzieciakom trzeba pomagać, a klub tworzy zawodników. Dla mnie ważny jest rozwój, przyszłość. Twierdzi, że nie zwątpił ani na chwilę, nie miał w tej pracy sytuacji, które uznałby za kryzysowe.

– Ukształtowała mnie praca z małymi dziećmi. Nie było łatwo. Jak miałem 20 maluchów, a potem 40, plus trening dla dorosłych, to czułem, że mój mózg przestaje działać. Przeszło mi po sześciu miesiącach. Nie ma niegrzecznych dzieci. Nawet jak są rozkojarzone, bo coś się dzieje w domu, w szkole, bo był tydzień świątecznej przerwy, to nie są w stanie wpłynąć na mnie psychicznie, fizycznie czy mentalnie. W ogóle. Czasami trzeba z dzieckiem poważnie porozmawiać, uświadomić mu, że albo trenuje z nami, albo nie. Interweniuję tylko, kiedy widzę, że wpływa to na całą grupę. Musi być reakcja, bo inaczej się wszystko rozpadnie – opowiada Rafał.

Latające łokcie i kolana 

Rafał grał w Sparcie, najstarszym klubie sportowym Nowej Huty. Przez całą szkołę podstawową biegał za piłką. Był pomocnikiem, obrońcą, napastnikiem, aż skończył na bramce.

– Byłem sterem, żeglarzem i okrętem, odpowiedzialność była w moich rękach. Być może wtedy już przeczuwałem, że w przyszłości będę trenerem. Lubię o wszystkim decydować, lubię tworzyć. Przecież bramkarz jest jak artysta, ma wpływ na cały zespół – śmieje się.

Trenował też sporty walki: ju-jitsu, taekwondo, boks. Potem przyszło dorosłe życie i praca. Chronił córkę jednego z najbogatszych Polaków . Poznał wtedy kolegę, który sprowadził boks tajski do Polski. Od tego czasu minęło ponad 20 lat.

– Spotykaliśmy się raz w miesiącu gronie chłopaków, którzy pracowali jako ochroniarze, by poćwiczyć, czy pograć w piłkę. Ktoś zarządził, że skoro jest Piotrek, który zna tajski boks, pokaże nam, o co chodzi w tym sporcie. Na początku wcale mi się nie podobało. Nienawidziłem tego! Zastanawiałem się, po co ryją nam głowę jakimś muay thai, skoro boksujemy, mamy ciekawsze zajęcia. Zaczęły się jednak pojawiać inne rzeczy – latające łokcie i kolana. Zapisałem się do klubu, zacząłem trenować.

Potem przyszły zawody, start w Mistrzostwach Polski, wreszcie założenie własnego klubu. Trenowała w nim między innymi Magda Rak, której półki uginają się od nagród. Jak był trenerem Reprezentacji Polski przez kadrę dowodzoną przez niego przewinęła się obecnie  największa gwiazda UFC Joanna Jędrzejczyk, wtedy wielokrotna Mistrzyni Świata Muaythai.  Rafał Ślusarz twierdzi, że do dziś nie wie, jak się to stało. – Nigdy nie miałem swojego „prawdziwego mentora”. Jestem jednym, wielkim samoukiem – podkreśla.

Treningi, walki, zawody

– Dopóki nie zetknąłem się z autyzmem byłem monotematyczny. Nagrywałem walki, analizowałem je, zastanawiałem się, co jeszcze można poprawić. Męczyłem się w towarzystwie kolegów, którzy mówili o samochodach. Moje miejsce to krzesło, widok na góry i komputer, w którym oglądam walki. Nawet gdy zasypiałem, miałem przed oczami walki najlepszych zawodników na świecie i szukałem rozwiązań. Wszystko, żeby jak najlepiej pracować.

Rafał łapał się na tym, że nawet podczas zwyczajnej rozmowy ze znajomymi odtwarzał sobie w głowie walki, klatka po klatce. Przyznaje, że to nie było normalne. Zmieniło się to, kiedy zorganizował pierwszy w Polsce obóz muay thai dla dzieci z autyzmem.

– Poznałem historie niezwykłych rodziców, to mnie wyrwało z matni: trening, zawodnicy… – w której tkwiłem całe życie. Ludzie mogą mieć do mnie pretensje o różne rzeczy, ale wszystko, co robię, robię dla sportowców – opowiada.

– Pierwszy raz na urlopie byłem 4 lata temu, a mam 46 lat. Zawsze na pierwszym miejscu były wyjazdy i zawody. Gdy poznałem autystyków i aspergerowców zacząłem podchodzić do życia bardziej miękko. I lepiej mi się pracuje. Znalazłem dystans. Stałem się innym człowiekiem.

Jaki tata, taka córka

– Nie piłuję jej. W domu w ogóle nie ma tematu boksu tajskiego, a rozmawiamy o wszystkim. To dobrze na nią działa, bo na treningi chodzi z przyjemnością i kocha to, co robi – opowiada Rafał o swojej młodszej córce, zawodniczce muay thai.

Julia zainteresowała się sportem, kiedy ojciec ściągnął do Polski wielokrotnego mistrza świata w muay thai Andrieja Kulebina. Miała wtedy 6 lat. Mama chodziła do pracy, więc dziewczynka pojechała na obóz z tatą. Otwierała zawodnikom drzwi, biegała z nimi, naśladowała, kopiąc powietrze. Kulebin jest mistrzem, ale przede wszystkim skromnym, zwykłym człowiekiem. Grał sobie po treningach z Julką w grę planszową, a na pytanie, czy jest gwiazdą, odpowiadał, że gwiazdy ściąga łokciem.

– Zacząłem ściągać go do Polski, co roku, żeby zwodnicy mogli przejąć od niego wiedzę i doświadczenie. Chciałem jechać do Mińska, tam gdzie się urodził i trenuje, ale zawsze coś wypadało, łatwiej go było ściągać, niż tam jechać. Po 6 latach, dzięki akcji crowdfundingowej, pojechałem do stolicy Białorusi z Julią. Pierwszy raz walczyła w mistrzostwach Europy. On, w swoim domu, walczył po raz kilkunasty. Została mistrzynią Europy, Andriej mistrzem. Historia zatoczyła koło – opowiada o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy.

W Mińsku Julia zaskoczyła wszystkich. Bez stresu, z uśmiechem, ubrała się w sprzęt, rękawice, ochraniacze. – Poszła na ring jak do Biedronki po pomarańcze. Zrobiła swoje, a jeszcze przed walką zdążyła mi masaż zrobić, żebym się nie denerwował – śmieje się Rafał.

– Po walce zadzwoniła do mamy. Płakała ze szczęścia i powiedziała, że to najszczęśliwszy  dzień w jej życiu. – Na pewno był, bo każde dziecko chce wygrać, a ona jeszcze jest córką trenera, więc czuła wielką presję. Jasne, że przeżywałem, ale gdy zobaczyłem ją na ringu, po 30 sekundach wiedziałem, że zwycięży. Jak już wszyscy ochłonęliśmy i wracaliśmy do domu, zapytałem ją, dlaczego była taka spokojna. Odpowiedziała: „Tato, ja wiem, że ciężko trenowałam i że byłam dobrze przygotowana” – wspomina dumny ojciec.

Julia chodzi do zwykłej szkoły. Zdaniem taty, nie trenuje zbyt intensywnie. – Dawniej myślałem, że trzeba ćwiczyć codziennie, żeby dużo osiągnąć, byłem młodym, ambitnym trenerem. Teraz wiem, że nie liczy się ilość, ale jakość, wtedy są wyniki. Ważna jest też regularność i systematyczność. Zmieniły się czasy i dzieci się zmieniły. Co mi z tego, że każę dziecku trenować 5 dni w tygodniu i ono będzie czuć się niewolnikiem? Z niewolnika nie ma zawodnika. Wiem, że Julia chce trenować 3 razy w tygodniu, a 4 trening będzie problemem nie dla niej, ale dla szkoły. Ja nie byłem na studiach, ale moje dzieci, jeżeli będą chciały, niech na nie idą. Jak się będą źle uczyć, to jak pójdą? Musi być równowaga – twierdzi Ślusarz.

Czasami dzwonią do niego ludzie. Słyszeli, że jest trenerem od trudnych przypadków, a ich dziecko wyrzucili już z każdego miejsca.

– Nie wyrzucam, dzieci, ale czasami to rodzice są zbyt słabi i za szybko rezygnują. Dziecko może nie chcieć czegoś robić, szczególnie na początku, marudzi. Ale po pewnym czasie widzę, że się przełamuje. Tymczasem syn, czy córka może w domu powiedzieć różne rzeczy, więc dorośli stwierdzą, że mu się nie podoba i nie będą przyprowadzać pociechy na trening. Wolę, żeby moje dziecko mi kiedyś wypominało, że ciągałem je na treningi, niż żeby powiedziało: „Nie pomogłeś mi w życiu i nigdzie nie pokierowałeś”. Przyjmuję każde dziecko, bo uważam, że nie ma dzieci niegrzecznych. Są tylko błędy rodziców – komentuje.

Trener nie lubi komputerów. Czasami siada i rysuje odręcznie mapy myśli. Co jest teraz w środku?

– Nie ma muaythai, nie ma Ślusarza, jest Autyzm Up – mówi i wcale się przy tym nie uśmiecha.

Źródło: kobieta.interia.pl